Zaloguj się
Brawo Dominiku!

Bardzo lubimy takie wieści: Dominik Omiotek, znany Wam doskonale z peletonów Cisowianka Road Tour został kolarskim Mistrzem Świata Masters w St. Johan. Składamy mu szczere gratulacje i z radością zamieszczamy relację Dominika z najważniejszego w jego życiu wyścigu.

O Mistrzostwach Świata w St. Johann pierwsze opowieści słyszałem już jakieś 20 lat temu, kiedy jako małe dziecko jeździłem z tatą do sklepu Krzysztofa Sujki. Tam spotykali się wszyscy najlepsi mastersi łódzkiego regionu. Kilka lat później ci sami ludzie urywali mnie z koła na rancie i uczyli kolarstwa. Podziwiałem ich, to jak jeżdżą, podziwiałem piękne rowery. Wszystko to było dla mnie nieosiągalne: i pierwsze na świecie karbonowe ramy, koła, i forma, i medale. Wtedy chyba pierwszy raz zacząłem marzyć o tym, żeby wygrać w St. Johann.

W tym roku, kiedy stałem się pełnoprawnym mastersem, chciałem zrobić wszystko, aby usłyszeć Mazurka granego dla mnie a na maszcie zobaczyć polską flagę. Wszystkie moje tegoroczne przygotowania ułożyłem pod tę właśnie imprezę. Plan treningowy, dietę, wyjazdy treningowe. Nic innego mnie nie interesowało, żadna inna impreza. O moich planach nie mówiłem głośno również po to, aby samemu nie robić sobie niepotrzebnego ciśnienia.

Gdy zobaczyłem na liście startowej z kim przyjdzie mi się ścigać, to w mojej głowie wyścig już wydawał mi się prawie przegrany. Moje zrezygnowanie powiększyło się po starcie w wyścigu pucharowym, rozgrywanym na tydzień przed mistrzostwami. Zająłem wtedy czwarte miejsce. Kiedy znalazłem się w drugiej dwójce wraz Bobby’m Lea, trzykrotnym olimpijczykiem, który jeszcze rok temu, zamiast ścigać się z masterasami, walczył o medale na olimpiadzie w Rio, cierpiałem jak nigdy dotąd. Przed mistrzostwami nie myślałem o tym jak wygrać, tylko jak utrzymać koło takim zawodnikom. Moi koledzy oczywiście mówili mi, że dam radę, że każdego da się zmęczyć itp. Wiadomo jednak, jak to jest.

Nie pamiętam, kiedy byłem tak zrezygnowany jeszcze przed samym startem. Na szczęście głowa odpuściła w momencie wpięcia się w pedały. Pierwsze kilkanaście kilometrów tempo było tak wolne, że myślałem, że zasnę - średnia chyba poniżej 30 km/h. Kiedy niemrawo zaczęły się jakieś skoki zobaczyłem, że Amerykanin w ogóle nie reaguje. „Pewny siebie” - pomyślałem. No tak, w końcu torowiec zawsze da rade przeskoczyć w ostatniej chwili. Jedyną szansę jaką widziałem to zmęczyć siebie i rywali na dystansie. Na 25. kilometrze, po serii skoków jechałem kilkadziesiąt metrów przed grupą; przeskoczył do mnie Lea i od razu wyszedł na zmianę. Krzyknąłem do niego tylko „Go go go”. Chwilę później już tego żałowałem.

Zrozumiałem wtedy wszystkie definicje typu „iść w trupa” „na wyrzyganie”, „do odcięcia”.

Na szczęście wytrzymałem. Doskoczył do nas jeszcze Włoch i tak oto ukształtował się odjazd. Ja, Amerykanin Bobby Lea i Włoch Andrea Martinelli. Na zmianach dawałem z siebie więcej niż mogłem, podobnie jak i Bobby, a Włoch jak to Włoch: nie wiadomo - udaje czy jest słabszy. No ale nic, stwierdziłem, że tym problemem zajmę się później. W połowie wyścigu mieliśmy 2 minuty przewagi i wtedy zacząłem planować, jak zgubić Włocha. Oczywiście, że do mojej głowy nie dochodziła myśl, że wygram z olimpijczykiem. Na ostatniej rundzie, na najcięższym podjeździe, nie udało się odczepić Włocha, co mnie zmartwiło. Dlatego na kolejnej górce pobiłem wszystkie swoje rekordy w osiąganym tętnie. 500 metrów do szczytu - Włoch jedzie, 300 metrów - jedzie, 200 metrów… puścił!

30 kilometrów do mety jedziemy we dwóch - mam srebro, no i w sumie jestem zadowolony. Współpracując mocno z moim towarzyszem, pomyślałem, że nie mogę od tak dać mu za darmo tego zwycięstwa. Wymyśliłem sobie zatem że będę walczyć i skokami, „wyjadę się do spodu”, żeby nie dostał koszulki Mistrza tak łatwo. Na 4 kilometry przed metą skoczyłem, popatrzyłem na niego…. nawet się nie podniósł. Byłem tak zdziwiony, że nie wiedziałem, czy jechać, czy czekać, co robić dalej. Wielu rzeczy mogłem się spodziewać, ale nie tego że się nawet nie podniesie i nie spróbuje do mnie dojechać. Myślałem, że pewnie zaraz równym tempem dojdzie mnie. 10 metrów, 40 metrów, 100 metrów, przewaga rośnie. O ja pier….! "Jadę po moją koszulkę, 4 kilometry do nagrody". Flagi na ostatniej prostej Żona, dzieci, przyjaciele z roweru, ci sami, którzy uczyli mnie kolarstwa.

Wow udało się!

Później już tylko Mazurek Dąbrowskiego i najpiękniejsza dekoracja, jaką można sobie wyobrazić. Na mecie zapytałem Bobby’ego, dlaczego nie pojechał za mną? Powiedział tylko że był już „kaput”.

I takie to było moje St. Johann 2017.

2017-08-30 POWRÓT

 

przedwczoraj
Kibicujmy Michałowi Kwiatkowskiemu!
2017-09-18
17.09.2017 - Rawa Mazowiecka - foto z maratonu
2017-09-17
Po wyścigu w Rawie Mazowieckiej
2017-09-13
Ostatni strzał z pistoletu
2017-09-06
Kilka słów o trasie w Rawie Mazowieckiej
O cookies
Cyklopedia/3w4u.eu - Web Designrysynek malarstwo Kraków kursy przygotowawcze ASP szkoly plastyczne grafika formy architektura wnetrz rysunku malarstwa krakowieGaleria Rekodziela: torebki bizuteria kolczyki odziez z plótna hand made rekodzielo artystyczne wykonane recznie malowane zrobione na drutach lale misie prezent kraków robioneChoochoo Train for Toddlers, choo, learn, counting, numbers, educational, taps, rail, education, children, child, kids, boys, train, tracks, railroad, preschool, steam, locomotive, top, funny, simple